Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 stycznia 2010

[Po]Mroczności

"Ciemność widzę, widzę ciemność."


I nastał czas mroku. Świata Mroku, a konkretnie nowej edycji.
Podręcznik podstawowy i dodatek "Second Sight" od jakiegoś już czasu mrugają do mnie z półki. Dzięki wydaniu ich po polsku stały się dostempne dla szerszej publiczności.


RPGowcy w sprawie WoD'u są podzieleni. Wydawnictwo Portal (kliknij i pobierz audycje o roku 2000 lub 2001, a dowiesz się czemu :) ) i wielu "normalnych"graczy uważa ten system za śmieszność i grę dla pokolenia emo-dzieciaków. System faktycznie jako domyślną konwencje przedstawia personal horror z dużą dawką cierrrrrpienia, ale świetnie nadaje się też do prowadzenia chodźby thrillerów.
Ja tam mam nadzieję, że okaże się dobrą alternatywą dla rtęciowej Neuroshimy. Za parę tygodni dam coś więcej o moich odczuciach z prowadzenia i o samym systemie.




Przejdźmy do rzeczy jeszcze dziwniejszych, ale , dzięki obśmianiu ich przez wszystkie możliwe media, mniej strasznych. Nazistowskie eksperymenty. Tak pożywka dla takich freków jak ja. O nich właśnie powstanie nowy indie gejms, na licencji brytyjskiego wydawnictwa Contested Ground, pod tytułem Cold_City. A zgadnijcie kto go w polsce wyda? Ten kto zgadnie może sobie po gratulować bystrości umysłu :)
Ta gierka zapowiada się na mhrocznego Jamesa Bonda. Zimna wojna i tajni agenci potęg światowych szukający resztek hitlerowskich pomiotów geniuszu. Na pewno kiedyś zagram.


Zmieniając temat na muzykę. Ostatnio powiedziałem sobie, że trzeba wypróbować (żałuje, ale jeszcze tego nie robiłem) granie w RPG z podkładem muzycznym. Na razie mam fazę (jak widać mn. po tym poście) na mroczno-gotyckie klimaty, więc tak sobie wykoncypowałem, że w sumie jako podkład można dać Sisters_of_Mercy, jedyny znany mi zespół grający gothyk. Jak sobie potem przypomniałem, znam tylko nazwę i nie wiem co tak naprawdę grają. W związku z tym na youtubie wklepałem nazwę zespołu i zacząłem słuchać pierwszego kawałka, który wyskoczył. Pierwsze wrażenie zabawne: Disco-polo dla mhroczniaków i innych emo-kids. Po głębszym zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, że to może się sprawdzić w jakiś onirycznych klimatach, typu Kiedy Rozum Śpi.



Propos mojej fazy na gothyk, to wzięła się ona z literatury. Zgadliście, zacząłem czytać E.A.Poego. Co mogę o nim powiedzieć? Pisał dość ciężkim językiem, ale dla fanów Mickiewicza to pikuś (Pan Pikuś). Motywy poruszane w nowelach są mocno odjechane. Od sobowtórów i schorzeń psychicznych, po zmartwychstanai. Często bohaterowie jego prozy cierpią na nałogi w stylu umiłowania do opium i.t.p.. Słowem: dziwnie się go czyta, ale przyjemnie. Zwłaszcza ciekawe są jego dzieła zaliczne do czarnego romantyzmu. Na przykład w "Ligeji" trzy czwarte tekstu to opis kobiet jednej, potem drugiej, a potem opactwa i jednego z jego pokoji.
Na koniec pragnę wszystkich uspokoić: nie maluję jeszcze rzęs i nie używałem żyletki od chyba roku :)
Pozdrawiam i życzę powodzenia w weekendowych imprezach
C.J.

piątek, 6 listopada 2009

Subiektywne lanie wody #2

No i złamałem ślubowanie - zawaliłem termin za co przepraszam. I choć jest to tylko i wyłącznie moja wina nie mam wcale wyrzutów sumienia. Ba, mam nawet wymówkę. Na facebook'u pojawił się Icy Tower.

      Free Lunch Desing postanowiło przenieść swoje najpopularniejsze dziecko na znany portal społecznościowy. Pomimo zachowania serca rozgrywki czyli, skakania po platformach pod presją czasu to w grze doszło do kilku kosmetycznych zmian. Grafika została poprawiona a naszym protagonistą nie jest już Harold ale stworzony przez nas ludek, którego ubieramy w ubrania zakupione, za zdobyte podczas rozgrywki coiny. Możemy za nie również odblokować inne inne poziomy (wieże). Zabawę mocno psuje pazerność twórców - coiny możemy kupić również za prawdziwe pieniądze a ci, którzy nie zdecydują się na taką opcję skazani są na upierdliwe reklamy i baaardzo powolne zdobywanie wirtualnej waluty poprzez samą rozgrywkę.

      Icy Tower na facebook'u, The haunted world of el Superbeasto na DVD. Od 22 września już. Nia miałem jeszcze okazji zobaczyć całości, ale po 20 minutach jestem już nagrzany. Raz, że to film animowany, dwa, że film Roba Z., trzy, że są naziści, cztery, że jest szatan, pięć, że są zombie, sześć, że jest jeszcze z dwadzieścia powodów, które można by wymienić. Ci, którzy widzieli całość też tak mówią.

     Pochłonąłem, również, tym razem w całości najnowszą książkę Carey'a - "Przebierańcy". Trzeci już tom przygód Feliksa Castora, egzorcysty, czy jeśli ktoś woli duchołapa, jest chyba najlepszym z dotychczas wydanych w Polsce. I choć idiotyzm goni idiotyzm i książka do najambitniejszych nie należy to nie usiłuję też taką być. Chyba Mike poszedł po rozum do głowy i zorientował się, że jego dzieła nie mają zadatków na inteligentną literaturę - i wreszcie przestał do takiej aspirować. Autor leci tandetą po całości, snuje teorie spiskowe o zmarłych (?), amerykańskich gangsterach, okalecza niemalże śmiertelnie głównego bohatera, by następnego dnia śmigał jak gdyby nigdy nic po mieście - głupie? Głupie. Ale jak to się czyta. Jeśli przyjmie się konwencję fabułę książki można uznać za udaną, dialogi zjadliwe a i klimat niezgorszy. No i przymknąć oko na nieliczne dziury scenariuszowe.

      A na deser najlepsza, krótkometrarzowa animacja z jaką miałem szczęście się spotkać:

     

      

      

      

poniedziałek, 19 października 2009

Najlepsi w naszym Układzie.

Jednym z moich ulubionych zajęć jest czytanie książek, a że postanowiłem napisać coś, to będzie to quasi-recęzja powieści, która bardzo przypadła mi do gustu.


Chodzi mi o rosyjską space-opere pióra Olega Diwowa pt.: "Najlepsza załoga słonecznego".


Wydana przez Fabrykę Słów książka zamyka się w dwóch tomach, ale niestety tom pierwszy jest dużo mniej obszerny od drugiego, ale rekompensuje to fakt, iż oba wydane są na dość dobrym, kredowym papierze.


Całość dzieje się po wojnie totalnej (nazywanej "Północą") jak przystało na space-opere w kosmosie. Ziemia jest mocno wyniszczona (to na niej miała miejsce "Północ"), populacja ludzka skurczyła się o ponad 90%, a biosfera jest zdegenerowana przez trwającą dziesięciolecia zimę jądrową. Ludność planet skolonizowanych jest wrogo do ziemian nastawiona; zwłaszcza Marsjanie (i nie chodzi mi tu o zielone ludziki) przeciwko, którym przeprowadzone były dwie kampanie wojenne.


Uniwersum jest duże i skomplikowane, więc ciężko byłoby się w nim odnaleźć gdyby nie słowniczek na końcu książek, który tłumaczy wiele pojęć i ogólnie bardzo się przydaje (przy niektórych hasłach mamy podane odwołania do innych dzieł literackich, a wiele z nich wydaje się być inspiracją autora).



***


W tomie pierwszym mamy dość powierzchowny opis postaci i zawiązanie intrygi, co i tak dobrze zapełnia około 195 stron. Czyta się przyjemnie, ale bez rewelacji. Sporo humoru, lecz raczej topornego, wręcz grubiańskiego (mnie to nie przeszkadza, ale są ludzie, których to dość mocno razi), a do tego mięso lata gęsto jak w rzeźni.


Postacie nakreślone są w stopniu wystarczającym, aby je polubić. Mamy tu rosyjskiego admirała o przezwisku "Raszyn" z, którego to ust właśnie pada najwięcej przekleństw, ale mimo to jest nader sympatyczny, a także bardzo miłego oficera-technika imieniem Andrew Werner, który jak się potem okazuje (właściwie w pierwszej połowie książki) także jest Rosjaninem. Werner także jest, jak dla mnie, jedną z głównych osi fabuły.


Pierwszy tom jest niezbędny do pełnego zrozumienia drugiego, ale jako samodzielna książka jest raczej przeciętny; do autobusu i w czasie kiedy potrzebujemy poczytać coś lekkiego sprawdza się doskonale.


***

Tom drugi jest znacznie bardziej wymagający od poprzednika, ale pociąga to za sobą zdecydowany wzrost satysfakcji z czytania.



Mamy tu dynamiczne i bardzo wciągające rozwinięcie wszystkich wątków z tomu pierwszego, a także zakończenie (chyba wszystkich) istotniejszych. Poznajemy przeszłość wszystkich istotnych postaci z jedynki, niekiedy nader dramatyczną i smutną, ale także zmuszającą nas, czytelników do jakiejś takiej refleksji na tematy typu: "co jeden człowiek może zrobić drugiemu i jaki ma to wpływ na tego drugiego".


Czytanie i rozumienie tego tomu niejednokrotnie wymaga wracania parędziesiąt stron wstecz i przypominaniu sobie szczegółów, które podświadomie uznaliśmy za nieistotne, a okazują się być podstawą dalszego rozwinięcia wątku.


Bimber i opisy niecenzuralnych czynów przelewają się przez cały tom, raz służąc za odskocznie od obecnie prowadzonego wątku innym zaś za ważny element odpowiadający za np.: obecny stan cywilny lub majątkowy postaci, ale także za to, że znalazła się ona tu, a nie gdzie indziej.


***

Ogólnie książki czyta się przyjemnie, ale niestety krótko (spora czcionka). Zachęcam więc wszystkich do lektury, nawet jeśli do rosyjskiej literatury zniechęciły was dzieła Bułchakowa, czy innego Czechowa.

środa, 14 października 2009

Deck of many opinions

Swoje wywody zacznę od książki, mianowicie najnowszej części przygód Jakuba Wędrowycza. Mowa tu oczywiście o "Homo bimbrownikus" autorstwa Pilipiuka. Właściwe opowiadanie poprzedzają trzy, króciutkie nowelki z czego tylko jedna zasługuje na uwagę. Jest to jednak zaledwie preludium do dania głównego czyli epickiej, przeszło dwustu stronicowej tytułowej opowieści. Jej akcja toczy się w Warszawie i kręci wokół wojen pradawnych kultów nią zamieszkujących. Jakub znajduje się pośrodku tej walki jaskiniowców, wyznawców Światowida i tajnej komórki CBŚ - inkwizycji. Pomysł iście mistrzowski, szkoda, że kiepsko wykorzystany. Gagów tutaj jak na lekarstwo, a tych udanych dwa razy mniej. Pilipiuk powinien zachować Jakuba w krótszej formie.

W kategorii słowiańskich klimatów, zdecydowanie lepszy jest kozacki komiks o kozaku autorstwa Ukraińca - Igora Baranki - "Maksym Osa". Wprawdzie nie jest on jak się spodziewałem powieścią drogi a siedemnastowiecznym kryminał z nutką fantasy. Jest tajemnica, jest wilkołak, jest błyskotliwy bohater i jest zajebiście. Klimatem porównałbym to do "Ogniem i mieczem" na sterydach - więcej seksu, walki i magii. Wszystko okraszone wspaniałą kreską (czerń i biel) dopracowaną niemalże do perfekcji. Najlepszy komiks w tym zestawieniu.

Z dzikich pól przenieśmy się do Łojm, małej wsi niedaleko Suwałk w, której rozgrywa się akcja "Łaumy" Karola Kalinowskiego. Mnóstwo ochów i achów padło na jej temat, ja mogę się jedynie pod wszystkim podpisać. Jedyne wątpliwości budzi zakończenie, choć urokliwe to jednak trochę zbyt naciągane. To taka mała pierdółka, albumik prawie, bez zarzutów. No i rispekt za oprawę graficzną (przede wszystkim tła, za postacie trochę mniej).

Najnowszy "Jeż Jerzy" natomiast graficznie lekko zawodzi. Jest naprawdę dobrze, jednak w stosunku do przepięknego "Człowieka z blizną" widać krok wstecz. Fabularnie jest za to fenomenalnie. Najnowszy album o przygodach Jurka to zbiór, bardzo udanych, kilkustronicowych szorciaków. Autorzy postanowili najwyraźniej odejść trochę od schematu Stefan i Zenek vs. jeż. Nadal obstaję przy tym, że w kolczastym cyklu albumy skupione wokół jednej, dłuższej historii są lepsze, ale "JJ: musi umrzeć" to najlepszy tom z, krótkimi opowiastkami. Brawo.

Kolejny komiks "dobre bo polskie"? Niestety nie. Trzeci już tom "Wartości rodzinnych" to największe rozczarowanie wśród omawianych tytułów. Brak wyraźnie zarysowanej linii fabularnej, to główna bolączka tego komiksu. Ponadto brakuje mu przytupu znanego z poprzednich części. No i jakoś tak mało śmieszno. Mało trafionych gagów. I mało gagów w ogóle. Rysunkowe też mi się zdaje, że gorzej. Pustawe kadry. Cóż, zeszyt wypada raczej blado poza świetnym cliffhangerem na końcu. Z niecierpliwością czekam na część czwartą.

O szarej rzeczywistości, w przeciwieństwie do WR naprawdę w szarych barwach opowiada "Stój!" - najnowszy komiks norweskiego scenarzysty i rysownika Jasona. Jest to jak na razie jego najbardziej ponury album, co w sumie jest trochę przerażające, jako, że traktuje on o po protu o życiu- od dzieciaka do starucha. Kto czytał poprzednie dzieła Norwega, wie czego się spodziewać - oszczędnego stylu, garści metafor i wyzierającej z kadrów samotności. Nie zaryzykuję porównania "Stój!" do innych albumów tego autora, ale z czystym sumieniem po prostu go polecę. Bardzo.

Co tam w Baśniogrodzie piszczy? W najnowszej, piątej już części jesteśmy świadkami przełomowych zdarzeń. Rozwiązanie wyborów, narodziny dzieci Śnieżki i gigantyczna roszada na stanowiskach biurowych. Ktoś odejdzie, ktoś zniknie, ktoś pokarze się z innej strony. Do panteonu baśniowców dołączy nowa postać a my będziemy mogli się dowiedzieć co-nieco co robił Bigby podczas drugiej wojny. Świetny tom, któremu udaje się otworzyć nowe karty w historii bajkowej społeczności a także mimochodem stać się jednym z najlepszych dotychczas wydanych.


Cóż, to tyle.

piątek, 18 września 2009

Trudi i jej pierwsza Trylogia

Trudi Canavan ma 40 lat i jest Australijką pisarką, oraz laureatką nagrody Aurealis dla najlepszego opowiadania fantasy.
Podobno odkąd sięga pamięcią, pisze opowiadania fantasy, ale dla szerszej publiczności stała się znana dopiero dzięki “Trylogii Czarnego Maga", która została uznana za jeden z najlepszych debiutów w fantastyce ostatnich lat, a o której dzisiaj co nieco napiszę. Jest, też ilustratorką i projektantką, pracującą jako szefowa działu graficznego australijskiego czasopisma poświęconego fantastyce i SF: Aurealis.


Tom pierwszy owej trylogii pod tytułem “Gildia Magów” jest, nie dość, że rozpoczęciem wielu wątków i ogólnym wprowadzeniem, to jeszcze doskonałą książką samą w sobie.
Fabuła książki koncentruje się w pierwszej połowie na tym, jak magowie próbują złapać dość młodą dziewczynę imieniem Sonea, która podczas “Czystki”* wykazuje zdolności niedostępne zwykłym “Bylcom”**. Rzucając kamieniem w magiczną barierę magów, a ów kamień przezeń przelatuje, ogłuszając jednego z “Wojowników”***, co nie powinno mieć miejsca.

W drugiej zaś połowie na nauce i próbach oswojenia Soneii z Gildią.

Większość ludzi w tej sytuacji czuła by się i zachowywała jak Sonea, to znaczy ukrywała by się i uciekała przed magami nie pytając nawet czy chcą zrobić jej coś złego, czy może wręcz przeciwnie.

Z początkiem książki związana jest pewna anegdotka o której możecie przeczytać w wywiadzie z autorką: http://www.esensja.pl/ksiazka/wywiady/tekst.html?id=4587.
Pierwszy tom czyta się szybko, przyjemnie, ale w pewnym momencie już nie tak łatwo.
Choć ciężko wychwycić ten moment to gdy widzimy próby pochwycenia Sonei przez magów właśnie ich oczyma po pewnym czasie przestają być dla nas wrogami (dla mnie z początku byli), a zaczynają być nader mądrymi i dużo rozsądniejszymi, niż główna bohaterka, przyjaciółmi.

Tom drugi pt.: “Nowicjuszka” opisuje już czas gdy Sonea uczęszcza do Gildii i pobiera tam nauki. Niestety, nie ma lekko. Dziewczyna dostaje tam niezłą szkołę tego jak “wrażliwi” na pochodzenie społeczne człowieka potrafią być ludzie. Jest to ciekawy motyw a także pewien hm... ukłon, czy też, po prostu, wykorzystanie podobnego motywu jak w “Harrym Potterze”. Tam Draco Malfoy i jemu podobni nie ułatwiali życia Mugolakom, tu Regin i jego banda nie dają żyć głównej bohaterce.
Nie będę pisał więcej, gdyż za wiele zdradziłoby to z książki (a tego przecież nie chcemy).
Wiele wątków jest wprowadzanych nieco na siłę, albo nadmiernie rozwlekanych, a książka nie prezentuje się już tak dobrze jak pierwsza. Niemniej przyzwoicie się ją czyta, otwiera ona wiele nowych wątków i jest raczej niezbędnym przerywnikiem między zupą jaką jest tom pierwszy a daniem głównym, którym jest tom trzeci.

No, tak, tom trzeci pt.: “Wielki Mistrz” jest bardzo dobrą książką. Jest to część najbardziej epicka. Napięcie w niej jest umiejętnie stopniowane zapewniając bardzo dużą przyjemność płynącą z czytania. Domyka i klaruje ona wszystkie wątki rozpoczęte do tej pory. Wprowadza nowych, nietuzinkowych bohaterów, a i starym nadaje więcej głębi. I tu także nie będę zdradzał za wiele bo pozbawi to książki klimatu tajemniczości i dużej dawki napięcia (jak najbardziej pozytywnego), które akurat w tej części odgrywa nader istotną role.

Cała “Trylogia” jest pełna nieoczekiwanych (czasem, niestety też oczekiwanych, ale nie wyczekiwanych) zwrotów akcji, tajemnic i zagadek. Wyczuwalny jest klimat późnego średniowiecza, może wręcz nawet wieku pary (z tym, że tu rolę “pary” odgrywa magia). Jest też nawet kilka wątków miłosnych, z czego 2 dotyczą jednej i tej samej postaci, ale nie powiem Wam jakiej.
Są to książki bardzo godne polecenia (szczególnie tom 1 i 3). Czyta się je dość szybko, więc nie przestraszcie się ich grubości.


W sprzedaży jest też prequel pt.: "Uczennica Maga", który podobno jest całkiem niezły, ale jeszcze go nie czytałem, chodź stoi u mnie na półce. Nie opowiada on o Soneii, a o innej dziewczynie wiele lat przed narodzinami Soneii, a nawet Rothena****.

Trudi już zaczęła kolejną trylogie pt.: "Era Pięciorga", jest on bardziej niż "Trylogia Czarnego Maga" przeznaczona dla dorosłych, niemniej (ponoć) równie ciekawa.


Do następnego zobaczenia,
Pozdrawiam.


*-“Czystka” jest to okres w zimie kiedy z wewnętrznego kręgu (w nim mieszkają bogacze i wyżej urodzeni) stolicy Kyralii, Imardinu wyganiana jest biedota.
**- “Bylec” to mieszkaniec gorszej dzielnic, slumsów stolicy.
*** “Wojownik” to mag odziany w czerwone szaty specjalizujący się w walce.
**** Rothen jest magiem, alchemikiem, który ma najlepsze nastawienie do Soneii, uczy ją i pozwala mieszkać u siebie na kwaterze.

czwartek, 9 lipca 2009

Żydzi na Alasce

Słowem wstępu: wybaczcie, że tak długo nie pisałem. Spowodowane to było lenistwem, ale muszę dodać, że od czasu do czasu wchodziłem na bloga, żeby zobaczyć co się na nim dzieje. Stało się. Nie będę owijać w bawełnę - nowi obserwatorzy dali mi kopa do pisania. Dzięki.


Było tak: gdy w 1942 r. Niemcy wreszcie rozgromili Związek Radziecki do gry wkroczyła Ameryka mimowolnie pomstując Rosjan udanym atakiem na kraj Hitlera. Państwa Izrael nie ma. Nigdy nie powstało. Żydzi dostali za to skuty lodem urywek Alaskijskiej ziemi.
W okręgu Sitka, bo tam właśnie przyszło rezydować Hebrajczykom nie dzieje się najlepiej. Miejscowym Indianom nie za bardzo podobają się nowi sąsiedzi (i vice versa) a co gorsza, za miesiąc upływa 60 lat.60 lat na czas których na mocy ustawy niedoszli Izraelici mogą przebywać na Alasce.

W tych jakże nieciekawych czasach i miejscu przyszło żyć Landsmanowi - typowemu, przegranemu przez życie glinie, który topi swoje liczne smutki w butelce. Wraz ze swoim kuzynem - Miśkiem - sympatycznym pół indiańskim drabem przyjdzie im, pomimo przeciwności losu, a przede wszystkim przeciwności nowego komisarza poprowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa młodego szachisty-narkomana. Jak nietrudno się domyślić pozornie sprawa małego kalibru okaże się wielkim przedsięwzięciem, w którą zaangażowane są grube ryby.

To, co autorowi zdecydowanie udało się uchwycić to zamieszanie jakie panuje w Sitka. Za miesiąc Hebrajczycy będą musieli opuścić swój tymczasowy dom i nie będą mieli co ze sobą począć. Burdel panujący na komisariacie, pośpiesznie zamykane dochodzenia, narzekania bohaterów skutecznie budują klimat zamętu i beznadziejnej sytuacji żydowskiej części obywateli Alaski.

Czy oznacza to, że "Związek żydowskich policjantów" jest ponury? Tak. Nie. Ponury to za mocne słowo. Co najwyżej melancholijny. I to tylko czasami. W książce bowiem, jest wszystko - trochę dramatu, szczypta polityki, odrobina obyczajówki, sporo komedii, sensacji i kryminału. Ogólnie rzecz biorąc pierwszych czterech rzeczy doświadczymy raczej w pierwszej połowie książki, poświęconej na zapoznanie nas z Sitka, jej klimatem i zamieszkującymi ją osobistościami. Leniwie prowadzone śledztwo Landsmana schodzi na drugi plan ustępując innym, wcale nie nudniejszym aspektom. W drugiej połowie intryga dostaje solidnego kopa, śledztwo błyskawicznie posuwa się do przodu a akcja nabiera rumieńców by w punkcie zwrotnym zahaczyć już o rozmach i styl Jamesa Bonda ze złotych czasów Rogera Moore'a. Nie znaczy to jednak, że jest ona lepsza od pierwszej części. Wiadomo - co kto lubi.

Humor towarzyszyć nam będzie przez całą lekturę. Spontanicznie będzie się przewijał w wyraźnej, wykrystalizowanej formie - dialogów i idiotycznych sytuacji. Jednak nad losami Landsmana i Miśka wisi także autoironiczna, niemalże groteskowa atmosfera utrzymywana bardziej lub mniej dowcipnymi uwagami autora.

Jest to zasługą wyjątkowej sprawności i lekkości stylu, którym posługuje się Chabon. Książka napisana jest w większej części w czasie teraźniejszym co nadaje jej dynamiki i charakteru reportażu a także pomaga odróżnić fakty dotyczące obecnej sytuacji od licznych dygresji na temat przeszłości Sitka, czy rodziny Landsmana, pisanych w czasie przeszłym.

To właśnie styl w połączeniu z humorem, różnorodnością i niesamowitym pomysłem zaprezentowanym w tej książce daje tak piorunujący efekt. Poprzez różnorodność wątków książkę można polecić praktycznie każdemu a najlepszą rekomendacją będzie chyba fakt, że bracia Coen zainteresowali się dziełem Michaela Chabona. Trzymanie za nich kciuków jest zbędne.